Delhi – miłość nie od pierwszego wejrzenia

Dodane przez 5 września 2011

india gatePozostanę w tematyce indyjskiej, by opowiedzieć Wam o naszych wrażeniach ze stolicy Indii. Przed samym wyjazdem czytaliśmy na różnych forach internetowych same niepochlebne opinie o tym mieście: nieziemski bród, tłok, jedna wielka okropność. Najlepiej od razu z Delhi wyjechać. Nie ma co ukrywać: gdy się jest tam na krótko, trudno dostrzec coś więcej. My jednak spędziliśmy tam kilka ciekawych dni i chętnie byśmy tam wrócili.

Pierwsze wrażenie: koszmar. Olbrzymi dworzec kolejowy z mnóstwem peronów. Podłogi dworcowej nie widać, bo… wszędzie leżą ludzie: starzy, młodzi, malutkie dzieci. W dodatku bez przerwy nas ktoś zaczepia, szarpie, chce gdzieś prowadzić. Nic, tylko uciekać. Gdy dojechaliśmy do dzielnicy, w której mieszkają nasi gospodarze z Hospitality Club, również nie było łatwo. Małe uliczki, szeregowe budynki, które czasem mają numery, a czasem nie. Próżno w ich numeracji szukać jakiejś logiki.

W końcu jednak udało nam się trafić pod właściwy adres i zaczęliśmy naprawdę poznawać Delhi. Gospodyni domu przywitała nas ćapati i przyrządzoną na ostro cebulą. Przez wszystkie dni naszego pobytu bardzo dbała o to, byśmy poznawali różnorodne smaki Indii. Ona i jej mąż, Amerykanin, dopilnowali również byśmy podczas pobytu u nich wiele się dowiedzieli o Indiach, ale nie tylko o Indiach. Dzięki Dexterowi wiemy też co nieco o amerykańskich włącznikach światła i o innych przydatnych dla podróżników sprawach;). Ogólnie mówiąc było bardzo rozmownie, ale też i bardzo sympatycznie. Sympatycznie na tyle, że zdecydowaliśmy się zostać u nich dłużej niż planowaliśmy.

Ale może napiszę coś wreszcie o samym Delhi…

 

Miejsca, które nie zrobiły na nas wrażenia

Jednym z pierwszych miejsc, które odwiedziliśmy był słynny Red Fort – kompleks fortyfikacji z XVII wieku. W środku znajdują się cztery niewielkie muzea o tematyce historycznej, które zdecydowanie nie są warte odwiedzenia. Mają niewiele eksponatów i wyglądają jakby wystawy przygotowano w poprzedniej epoce.

Tego dnia odwiedziliśmy jeszcze Jama Masjid – największy meczet w całych Indiach. Zdecydowanie nas nie zachwycił. W dodatku wejście, które miało być bezpłatne, kosztowało nas po 200Rs. Niby płaci się jedynie za fotografowanie, ale przecież każdy ma ze sobą jakiś aparat fotograficzny, czy to w komórce, czy też bardziej tradycyjny, więc każą płacić wszystkim :/. Główną atrakcją jest podziwianie Delhi ze szczytu minaretu, jednak ta przyjemność kosztuje kolejne 100Rs…

 

Miejsca, w które chętnie powrócimy

Będąc w Delhi odwiedziliśmy tamtejsze ZOO. Dwa razy! Nie, nie. Wcale nie dlatego, że zrobiło na nas tak ogromne wrażenie i uwielbiamy oglądać zwierzęta na uwięzi. Doszliśmy do wniosku, że w takim kraju ZOO może być naprawdę ciekawe. Nie pomyliliśmy się. Jest tam mnóstwo zwierząt. Położone jest w niezwykłym miejscu: pomiędzy fortem z szesnastego wieku, a  Humayun Tomb, czyli słynnym mongolskim grobowcem. Nie przewidzieliśmy w ZOO jednego: emergency. Po około półgodzinnym spacerze wśród dzikich zwierząt i ciekawych ptaków. To słowo usłyszeliśmy kilkakrotnie z ust ubranego w czerń mężczyzny na motorze. On i kilku mu podobnych dopilnowali, by w jak najkrótszym czasie wszyscy ludzie opuścili ZOO. Niektórzy ze zwiedzających szli spokojnie w stronę wyjścia, niektórzy zaczynali panicznie biec. Nie wiemy co się właściwie stało, nikt nie był w stanie nam odpowiedzieć. Wróciliśmy do ZOO jeszcze wieczorem i udało nam się co nieco zobaczyć.

Rajpath, czyli Królewska Ścieżka. Mieści się tutaj Pałac Prezydencki i budynki rządowe. To tutaj odbywa się wielka parada w Dniu Republiki, czyli 26 stycznia. Miejsce to robi imponujące wrażenie: ogromne budynki, piękne ogrody, słynne indyjskie ambasadory zaparkowane w okolicy i… mnóstwo małp, które bezczelnie wylegują się i obżerają różnymi smakołykami na prezydenckich trawnikach nie przejmując się wysokimi ogrodzeniami, ani ochroną. Na wschodnim krańcu Rajpath znajduje się słynna Indian Gate,  w okolicach której spaceruje wyjątkowo wielu hidźra, czyli mężczyzn (najczęściej eunuchów) ubranych w kolorowe sari i mocno wymalowanych. Zaczepiają oni wypoczywających na trawnikach Hindusów, którzy pośpiesznie dają im jakieś pieniądze. Jeśliby tego nie zrobili, zostaliby obrzuceni klątwą, lub co gorsza, ujrzeliby zdeformowane narządy hidźrów. Nas nie zaczepiali. Co mogłoby się stać, gdyby do nas podeszli i nic nie otrzymali, wiemy na szczęście tylko z relacji innych.

Miejsce Śmierci Gandhiego jest miejscem, które nas najbardziej zaskoczyło, zwłaszcza biorąc pod uwagę realia indyjskie. Po odwiedzinach w muzeach Red Fort i słowach naszej gospodyni, która odradzała nam muzea w Delhi, nie byliśmy przekonani, czy chcemy zobaczyć Gandhi Smriti.

Można tam zobaczyć pokój w którym spał Gandhi, miejsce gdzie przyjmował gości i to, w którym się modlił. To właśnie droga z pokoju na codzienną modlitwę, którą przemierzał 30 stycznia 1948  była jego ostatnią… Możemy policzyć, ile kroków zdążył prawdopodobnie wtedy wykonać, bo na trawniku znajduje się szlak ułożony z odlewów jego stóp.

Wewnątrz budynku, w którym nocował, znajduje się niezwykle bogate muzeum: mnóstwo zdjęć, cytatów, rodzaje makiet przedstawiających najważniejsze sceny z jego życia, oraz, co najbardziej niezwykłe, duża interaktywna wystawa na naprawdę wysokim poziomie. Można tam obejrzeć filmy o Gandhim, uruchomiając je… za pomocą małej maszyny tkackiej, przesypując syntetyczną sól, oraz korzystając z innych ciekawych pomysłów. Jest tam również lokomotywa, do której można wsiąść i na znajdującym się wewnątrz komputerze wybierać miejsca, które Gandhi odwiedzał i podróżować razem z nim.

Qutb Minar , czyli religijny kompleks świątyń muzułmańskich datowany na okres największej świetności islamu w Indiach. Dziś znajduje się na obrzeżach Delhi, a dawniej był centrum muzułmańskiego  miasta. Jego ogrom i piękno robi duże wrażenie. Jest to miejsce tym bardziej niezwykłe, iż część kompleksu nie przypadkiem znajduje się w miejscu dawnej świątyni Wisznu.

Bahai House of Worship czyli Lotus Temple, to pięknie położona wśród zielonych przestrzeni świątynia mająca, jak sama nazwa wskazuje, kształt lotosu. Jest to miejsce pozbawiane wszelkich symboli religijnych. Duże, oszklone wnętrze pełne ławek, gdzie każdy może się zatrzymać i modlić we własnym języku według wskazówek własnej religii. Nie jest to jednak oczywiście miejsce neutralne. Jak na Indie przystało, jest tam wspólnota tworząca coś na kształt kolejnej religii, której filozofia opiera się na odwoływaniu do założeń głównych światowych religii, dążeniu do wszechogarniającego pokoju, sprawiedliwości i harmonii.

Niedaleko Lotus Temple znajduje się świątynia krisznaicka, którą również warto odwiedzić, ze względu na niezwykły klimat podczas modlitw i bajecznie kolorowe malowidła przedstawiające Krisznę w najróżniejszych sytuacjach:).

Podczas naszego pobytu w Indiach odwiedzaliśmy najróżniejsze świątynie: buddystyczne, hinduistyczne, muzułmańskie, chrześcijańskie. Śmieliśmy się, że jesteśmy tak naprawdę na długiej i różnorodnej pielgrzymce. Chyba najbardziej niezwykłą świątynią, którą odwiedziliśmy był meczet znajdujący się w ruinach historycznej dzielnicy Firozabad , Firoz Shah Kotla. W czwartki po zachodzie słońca można tam posłuchać niezwykłych śpiewów sufich, którzy wśród świateł świec i intensywnego zapachu kadzideł przy pomocy pieśni i gry na bębnach starają się ułaskawić niewidzialne dusze, które zamieszkują te okolice. Nie tylko sama muzyka robi ogromne wrażenie, ale cała ta mistyczna atmosfera i… coś jeszcze, o czym może uda nam się napisać innym razem, bo to dość szeroki i nieco niewyjaśniony temat…

 

Kulinaria

MacDonald w Indiach warto odwiedzić ze względu na jego regionalne naleciałości. Obok standardowych dań znajdziemy tu wegetariańskie cheesburgery z indyjskim serem paneer (pycha) oraz ekstremalnie pikantne mięsne „hamburgery” z kurczaka. Jest to też jedno z niewielu miejsc, gdzie osoby mięsożerne znajdą coś dla siebie.

Tadka to restauracja w turystycznej dzielnicy Paharganj (ulica Ram Dwara), gdzie można zjeść dobre i niedrogie indyjskie dania. Przychodzi tu wielu miejscowych.

Na głównej ulicy Paharganj znajduje się świetna knajpka, której nazwy nie pamiętamy, ale serwuje dania wszelakie: od indyjskich, po chińskie, na pizzy[1]kończąc. Poznacie to miejsce po ogromnym wyborze świeżo wyciskanych soków owocowych. Są to przepyszne kombinacje różnych owoców, czasem z miętą, czasem bez. Zwłaszcza arbuzowe smakują nieziemsko. Raj dla podniebienia.

Kantyna to miejsce, które polecił nam przewodnik Lonely Planet. Jest to rodzaj rządowej restauracji (aby wejść, musisz przejść przez bramki kontrolne). Panuje tam nieziemski tłok. Płacisz 90Rs i oczekujesz, aż zwolni się miejsce przy jednym z zatłoczonych stolików. Siadasz ze swoją metalową tacką i „polujesz” na roznosicieli jedzenia. Jedni narzucają ćapati, inni ryż, jeszcze inni ostre i słodkie papki. Jedzenie typowo indyjskie. Zaletą tego miejsca jest możliwość niekończących się dokładek. Jesz ile zdołasz.

Identyczne jedzenie można zjeść w Gurdwarach, czyli sikhijskich świątyniach, które oferują gościom darmowy posiłek w wielkich stołówkach i nocleg w cenie posiłku (o ile mają miejsce). Różnica między posiłkiem w kantynie, a posiłkiem w Gurdwarze, poza ceną, polega na tym, iż w świątyni siada się w olbrzymiej sali na zatłoczonej podłodze. Robi to wrażenie.

W Delhi Gurdwara znajduje się na ulicy Aśoki, niedaleko Red Fort. Aktywiści sikhijscy sami zaproszą was do środka i opowiedzą o swojej religii. Mają broszurki nawet w naszym języku! Warto zajrzeć;)

 

Dodatkowe informacje:

- warto odwiedzać wszelkie napotkane świątynie, ale pamiętajcie, trzeba zdjąć buty. Gdy zobaczycie indyjskie ulice, nie będziecie się dziwić dlaczego.

- trzeba się uzbroić w cierpliwość, bo wszędzie czekają nas bramki kontrolne: dworce kolejowe, metro, zoo, niektóre muzea. Często są to bramki fikcyjne, które nie mają jak zadziałać bo są jedynie drewnianą ramą, ale na ich wszechobecność trzeba się nastawić.

 

Jeżeli macie jakieś pytania, lub własne wspomnienia z Delhi piszcie. Może polecicie nam, co jeszcze możemy zobaczyć, gdy ponownie znajdziemy się w Delhi.


[1] Należy dodać: pizzy normalnych rozmiarów. Zazwyczaj w Indiach gdy zamówisz pizze, zapłacisz za nią dużo, a na talerzu zobaczysz coś, co bardziej przypomina pizzerkę z polskiego sklepu spożywczego.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>